Historia kajakarstwa w Polsce

Historia polskiego kajakarstwa może poszczycić się wieloma wspaniałymi wzlotami sięgającymi po złote medale na najwyższej rangi zawodach międzynarodowych w tej dyscyplinie. Jednak choć historia ta jest intensywna, to i zarazem jest krótka, bo sięgająca ledwie wieku XIX. To właśnie wtedy pojawili się ludzie i organizacje, które zadbały o rozwój tego sportu na terenach polskich, będących wówczas pod kontrolą zaborców.

Na początku byli turyści
Jednym z najbardziej zasłużonych ludzi był Zygmunt Gloger, uważany zresztą za prekursora polskiego kajakarstwa. Urodzony 3 listopada 1845 roku w Tyborach-Kamiance (dziś województwo podlaskie), w przyszłości uczył się w warszawskiej Szkole Głównej, by w 1868 roku rozpocząć studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tam kształcił się z zakresu historii i archeologii.

Wkrótce, bo już w roku 1872 wybrał się na wyprawy po Wiśle, Bugu, Niemnie oraz Biebrzy. Zresztą umiłował on sobie rzeczne przeprawy, co wkrótce znalazło swój wyraz w jego dziele pt. „Dolinami rzek. Opisy podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy”. Warto zagłębić się w tę z dawna przeżytą i opisaną przygodę. Wycieczki te były fascynującymi wędrówkami etnograficznymi. Po śmierci Glogera z jego zbiorów zebranych w trakcie różnych wędrówek powstało cenne muzeum, które zwiedzać można było aż po rok 1939. Nieco później, możemy znaleźć odrobinę więcej wzmianek o rzecznych wędrówkach Polaków.

Legalizacja WTW
W roku 1878 powstało, rozwijające się do dziś, Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie. Mało kto wie, że początkowo było ono organizacją nielegalną, działającą w sferze polskiej przestrzeni życiowej, ograniczonej licznymi dekretami zaborców.

W roku 1882 władze carskie zalegalizowały WTW, zatwierdzając jednocześnie pierwszy statut tej organizacji. Co ciekawe, statut ten wbrew swej nazwie, wzmiankował o uprawianiu przez członków WTW także... łyżwiarstwa, gimnastyki oraz pływania. Choć oczywiście głównym jej punktem zainteresowania były łodzie wiosłowe, łodzie żaglowe oraz rozwijające się wówczas łodzie parowe.

Pierwszy wyścig
Pierwsze znane nam zawody kajakarskie na terenie Polski odbyły się w roku 1896. Miejscem zawodów nie mogła być żadna inna rzeka jak sama Wisła. Wówczas to na kartach historii polskiego kajakarstwa zapisały się kolejne nazwiska, takie jak Stanisław Siwko, Adolf Normark, czt Dymitrij Mokryjewicz. W takiej też kolejności panowie dopłynęli na metę wyścigu, którego długość wynosiła 1000 metrów.

Być może początki polskiego kajakarstwa nie prezentują się nadzwyczaj okazale, ale wstęp ten stanowi tło dla jego późniejszej popularności w Polsce i licznych sukcesów sportowych na arenie międzynarodowej. Ale o tych ostatnich warto opowiedzieć w osobnym temacie.

         

          Przez niemal ćwierć wieku startów polskich kajakarzy w Letnich Igrzyskach Olimpijskich, od roku 1936 począwszy, na roku 1956 skończywszy, nie udało się im zdobyć w tej dyscyplinie ani jednego medalu.

Były wysokie miejsca Stefana Kapłaniaka oraz Danieli Walkowiak. Ale tak to już bywa z Olimpiadami, że pamięta się tylko tych, którzy stanęli na podium. Reszta się nie liczy, choćby przegrała jedynie ułamkami sekund czy sędziowskich punktów.

Pierwsze "pudła"

Letnie Igrzyska Olimpijskie w Melbourne w 1956 roku ujawniły przed publicznością nowy kajakarski talent – wspomniany już Stefan „Cenek” Kapłaniak, wówczas 23-latek, zajął wysokie 4 miejsce, by cztery lata później wskoczyć na podium. Ten wręcz legendarny dziś zawodnik był człowiekiem niezwykłym, wszak nie bał się on żadnych wyzwań, od przepłynięcia ciężkich 120 km pod prąd z Nowego Sącza do Nowego
Targu, aż po szaleństwa takie jak „skok przez Niagarę”.

Ale wróćmy do Rzymu i 29 sierpnia 1960 roku, kiedy to po raz pierwszy Kapłaniak zabłysnął na medal. Na jeziorze Albano (nad jego brzegami unoszą się mury słynnej papieskiej rezydencji – Castel Gandolfo) ścigał się on w kajakarskich „dwójkach” (w parze z Władysławem Zielińskim) na dystansie 1000 metrów. Wyprzedzając m.in. reprezentację ZSRR, Danii i Czechosłowacji (w sumie udział w zawodach tych brały 23 osady) nie zdołali jedynie przegonić złotych Szwedów i srebrnych Węgrów. Ale brąz z pewnością cieszył, jako pierwsza medalowa zdobycz olimpijska polskiego kajakarstwa.

Tego samego dnia, w tym samym miejscu, swój pierwszy sukces odniosła również Daniela Walkowiak, która w kobiecym wyścigu na dystansie 500 metrów nie zdołała wygrać jedynie ze swoimi starszymi koleżankami z ZSRR (Antonina Seredina) i Niemiec (Therese Zenz), ale wyprzedzając wszystkie pozostałe, zdobyła brąz. Cztery lata wcześniej w tej samej konkurencji była na pechowej 4 pozycji.

To był piękny dzień dla polskiego kajakarstwa. Dwukrotnie nasza osada sięgała po brąz i również dwukrotnie plasowała się tuż za podium – raz w męskiej sztafecie 4x500 metrów zajmując 4 miejsce (Stefan Kapłaniak, Władysław Zieliński, Ryszard Skwarski, Ryszard Marchlik), plasując się za Niemcami, Węgrami, Danią, lecz przed ZSRR, a drugi raz w „dwójce” kobiet na 500 metrów, gdzie Daniela Walkowiak w parze z Janiną Mendalską zajęły również 4 miejsce, ulegając jedynie reprezentantkom ZSRR, Niemiec i Węgier, a wyprzedzając siedem innych osad.

Nie wyszło jedynie Ryszardowi Skwarskiemu, który w wyścigu na dystansie 1000 metrów nie zdołał zakwalifikować się do finałowej dziewiątki. Ale i tak mieliśmy z czego się cieszyć. Wreszcie przyszły medale i to od razu dwa.

Generalnie należy zauważyć, że Letnie Igrzyska Olimpijskie w Rzymie w 1960 roku były dla Polski nadzwyczaj udane, gdyż reprezentanci biało-czerwonych czterokrotnie dawali swoim rodakom okazję do odsłuchania Mazurka Dąbrowskiego, sześciokrotnie plasowali się na drugiej pozycji, a aż jedenaście razy na ich szyjach zawisał brąz. W klasyfikacji generalnej nasz kraj był 9, za ZSRR, USA, Włochami, Niemcami, Australią, Turcją i Japonią.

Koniec dobrej passy

Niestety niezły start polskich kajakarzy w Rzymie musiał zaspokoić medalowe żądze kibiców z PRL-u na dobrych kilkanaście lat. Kolejne Letnie Igrzyska Olimpijskie – w 1964 roku w Tokio i w 1968 roku w Mexico City, były pod tym względem zupełnie nieudane. W Tokio do finałowych wyścigów nie udało się dostać ani Władysławowi Szuszkiewiczowi w walce na dystansie 1000 metrów, ani „dwójce”: Władysławowi Zielińskiemu i Stefanowi Kapłaniakowi również na 1000 metrów, ani też kajakarskiej „czwórce” (Stanisław Jankowiak, Ryszard Marchlik, Rafał Piszcz, Robert Ruszkowski).

Jedynie paniom udało się uplasować na nieco bardziej konkretnych pozycjach – Daniela Walkowiak na 500 metrów w pojedynkę zajęła 7 miejsce oraz w parze z Izabellą Antonowicz-Szuszkiewicz również na 500 metrów – 8 miejsce (na 10 startujących osad). Lecz takim wynikom było daleko do naszych oczekiwań i nadziei.

Niewiele lepiej było w Mexico City, gdzie Władysław Szuszkiewicz zajął wysoką czwartą lokatę w wyścigu na dystansie 1000 metrów (przegrywając z młodszymi od siebie reprezentantami Węgier, ZSRR i Danii). Brązowy medal był w zasięgu jego rąk -wytrącił mu go swym niespodziewanym atakiem Mihály Hesz, który w ostatniej chwili wychodząc na pierwszą pozycję zepchnął Polaka na czwartą lokatę, odbierając mu resztki medalowych marzeń.

Męska „czwórka” na 1000 metrów (Janusz Ewald, Ryszard Marchlik, Rafał Piszcz, Władysław Zieliński) uplasowali się na 8 pozycji (na 19 osad), a panie: Izabella Antonowicz-Szuszkiewicz i Jadwiga Doering zajęły 9 miejsce w „dwójce” na dystansie 500 metrów (na 11 startujących osad). Natomiast zupełnie nie powiódł się olimpijski debiut 24-letniej Stanisławy Szydłowskiej, która na 500 metrów nie zdołała dostać się do finałowej ósemki.

Dobre wyniki Polaków bez kajakarskiego wkładu

Cóż, mimo iż Letnie Igrzyska Olimpijskie w Tokio oraz Mexico City były dla Polski generalnie niezwykle udane (w 1964 roku – 7 złotych medali, 6 srebrnych medali, 10 brązowych medali – 7 pozycja w klasyfikacji generalnej; w 1968 roku – 5 złotych medali, 2 srebrne medale, 11 brązowych medali – 11 pozycja w klasyfikacji generalnej), to niestety do tego sukcesu w żaden sposób nie przyłożyli się nasi kajakarze. Szkoda. Znów przyszło nam obejść się ze smakiem i oglądać radość innych osad. A sami musieliśmy czekać kilkanaście lat na to, by móc ponownie cieszyć się olimpijskim medalem w kajakarstwie...

Polscy kajakarze startują w olimpijskich zmaganiach od początku wprowadzenia tej dyscypliny sportu w poczet medalowych konkurencji Letnich Igrzysk Olimpijskich, czyli od XI edycji tej imprezy, która miała miejsce w Berlinie roku 1936 (choć na igrzyskach kajakarstwo zadebiutowało już w roku 1900 w Paryżu, kiedy to „wystąpiło” jako dyscyplina pokazowa). Jednak medale nie przyszły nam tak łatwo. Musieliśmy na nie czekać, niestety, dobrych kilkadziesiąt lat. Ale może wróćmy do stolicy III Rzeszy...

Olimpijski debiut

W debiutanckich dla kajakarstwa Letnich Igrzyskach Olimpijskich wystartowało dwóch Polaków: Antoni Bazaniak oraz Marian Kozłowski, obaj zresztą związani swego czasu z drużyną Surma Poznań. Ich talent, umiejętności oraz sprzęt pozwoliły na przepłynięcie dystansu 10000 metrów w konkurencji K-2 w czasie 47:49.8, co dało im w ostateczności dopiero 11 pozycję na 12 startujących osad. Wyścig ten wygrali gospodarze z czasem 41:45.00, a tuż za nimi uplasowały się osady z Austrii (42:05.4) i ze Szwecji (43:06.1).

 

Gorzej od Polaków wystartowali jedynie reprezentanci Węgier, którzy na metę dotarli niemal minutę później od naszych zawodników (48:47.5). Trudno w tym przypadku jednoznacznie ocenić co w największym stopniu wpłynęło na wynik naszych kajakarzy – brak doświadczenia, czy słabej jakości sprzęt jakim dysponowali? Należy przy tym zauważyć, że Polacy korzystali wówczas z ciężkiej wersji kajaka, która ważyła kilkanaście kilogramów więcej niż sprzęt przeciwników. W świecie sportu, gdzie liczy się każdy gram, kilkanaście kilogramów to ogromna przepaść.

Co ciekawe, po zawodach obu debiutantom olimpijskim powodziło się zupełnie odmiennie. Antoni Bazaniak został po wojnie zasłużonym działaczem kajakarskim, zresztą pełnił różne istotne funkcje zarówno w Polskim Związku Kajakowym, jak i w Międzynarodowej Federacji Kajakowej. Na jego piersi zawisły liczne medale za zasługi dla ojczyzny, a w po śmierci jego ciało spoczęło na Cmentarzy Powązkowskim w Warszawie. Z kolei Marian Kozłowski w trakcie II wojny światowej został wywieziony do przymusowych robót na terenie Niemiec, gdzie w roku 1943 zginął w nieszczęśliwych okolicznościach w trakcie alianckiego bombardowania.

Na powojennych zgliszczach

Następujące po Berlińskich igrzyskach kolejne Olimpiady były odwoływane ze względu na wojenną zawieruchę, jaka wówczas panowała na całym świecie. Dopiero w roku 1948 udało się zorganizować zawody, a na ich miejsce wybrano stolicę zwycięskiej Wielkiej Brytanii – Londyn. Wybór ten wbrew pozorom nie był tak oczywisty i łatwy, bo należy przypomnieć, że trzy lata po zakończeniu działań wojennych żywność była tu wciąż reglamentowana i można było się spodziewać dużych kłopotów z odpowiednim zaopatrzeniem dla kibiców. Przy niemałej pomocy innych państw, postanowiono jednak dać Brytyjczykom szansę...

Na londyńskich igrzyskach Polaków reprezentowało trzech kajakarzy: Alfons Jeżewski, Marian Matłoka oraz Czesław Sobieraj. Ten ostatni, nawiasem mówiąc jeden z najstarszych kajakarzy na tej olimpiadzie (34 lata), startował w konkurencji K-1 na 1000 metrów, gdzie jednak nie udało mu się dostać do finałowej ósemki (wyścig wygrali Szwedzi przed Duńczykami i Francuzami) oraz w K-1 na 10000 metrów, gdzie uplasował się na 7 pozycji z czasem 52:51.00. Do zwycięskiego Szweda zabrakło mu aż dwóch minut (50:47.7).

Zupełnie podobnie wiodło się kajakarskiej dwójce – czyli Marianowi Matłoce i Alfonsowi Jeżewskiemu – którzy swoich sił próbowali m.in. w wyścigu na 10.000 metrów, gdzie zajęli 10 miejsce (na 15 osad) z czasem 48:25.6 (zwyciężyli Szwedzi z czasem 46:09.4, tuż za nimi uplasowały się osady z Norwegii i Finlandii). Na 1.000 metrów poszło im jeszcze gorzej, gdyż nie zdołali dostać się do finałowej siódemki (a cały wyścig wygrali zawodnicy... ze Szwecji).

Nieobecni

W 1952 roku Polska wystawiła do ówczesnych Letnich Igrzysk Olimpijskich, które odbywały się w Helsinkach, osadę składającą się z 10 wioślarzy (której to nawiasem mówiąc udało się zdobyć brąz w „jedynce”), do Finlandii nie wysłano natomiast żadnego polskiego kajakarza. Była to pierwsza absencja naszych zawodników na tak ważnej imprezie i, niestety, nie ostatnia.

W krainie kangurów...

Cztery lata później w upalnym australijskim Melbourne pod polską banderą startowało na powrót trzech kajakarzy (Jerzy Górski, Stefan Kapłaniak i Ryszard Skwarski) oraz jedna kajakarka (Daniela Walkowiak), która na dobrą sprawę uzyskała całkiem niezły wynik. Jak na swój debiut i niski wiek (21 lat – wraz z Australijką najmłodsza spośród uczestniczek), zajęła 6 miejsce w wyścigu na dystansie 500 metrów, za reprezentantkami ZSRR, Niemiec, Danii, Węgier oraz Austrii.

Jeśli chodzi o mężczyzn, to zaprezentowali się oni nieco gorzej. Para: Jerzy Górski i Ryszard Skwarski na 1000 metrów nie zdołali zakwalifikować się do finałowej dziewiątki, a para: Jerzy Górski i Stefan Kapłaniak w wyścigu na dystansie 10000 metrów uzyskali czas 47:21.5, co dało im w ostateczności dopiero 10 miejsce na 12 startujących osad. Zwycięzcy Węgrzy byli od nich szybsi o niemal 4 minuty (43:37.0). Jedyne pary, które udało się naszym zawodnikom zostawić za swoimi plecami pochodziły z Austrii i Stanów Zjednoczonych.

Honor polskiej osady uratował sam Stefan „Cenek” Kapłaniak, zresztą legendarny już zawodnik i jeden z najważniejszych ludzi w historii polskiego kajakarstwa. W wyścigu na dystansie 1000 metrów uplasował się na 4 pozycji za reprezentantami Szwecji, Związku Radzieckiego i Węgier. Był to bardzo dobry wynik młodego 23-letniego zawodnika, na którego czekała świetlana, pełna sukcesów i medali przyszłość. Póki co jednak, do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku polscy kajakarze pozostawali bez zdobyczy medalowych. Ale już niedługo miało to się zmienić...

Czytaj więcej

Tomasz Merwiński

2011. Custom text here
By: Joomla Free Templates